sobota, 25 sierpnia 2012

IWW, czyli Izerska Wielka Wyrypa ( w wolnym tłumaczeniu Izerska Wspólna Wędrówka :-) [część I]


Kiedy o 15:28 w piątek słyszę, że do poczekalni ktoś wchodzi, przez moją głowę przebiega jedna, ale przerażająca myśl-nagły przypadek. Na szczęście to tylko jedna z naszych pacjentek przyszła na wizytę kontrolną i choć jest trochę zawiedziona, że nie ma jej ulubionego doktora, to jednak merda radośnie ogonem.
Chwilę później kończę pracę na ten tydzień i jadę na dworzec autobusowy spotkać się z Robertem. Okazuje się, że nie tylko ja miałam pewne problemy, żeby wyrobić się z pracą ;-), dlatego dopiero teraz ruszamy na ostatnie zakupy, co wbrew pozorom wcale nie jest takie łatwe. To znaczy ruszenie jest łatwe, ale kupienie tego co potrzebne wcale nie jest proste. A przecież nie chcemy kawioru czy nawet oliwek nadziewanych migdałami. Tabletki musujące do picia odnajdujemy w piątym sklepie, z batonami musli jest zdecydowanie gorzej i kończy się na sezamkach i chałwie.
Mamy wszystko co trzeba, można jechać. Z każdą minutą mamy coraz lepsze humory.
Od przystanku do szkoły, gdzie mieści się baza imprezy, jest kawałek (jak się później okaże - ten kawałek=daleka droga, ale wszystko w swoim czasie). W bazie szybka rejestracja. Naprawdę szybka, bo nie mamy nawet najmniejszych problemów z odnalezieniem się na liście. „Te dwa ostatnie numery dopisane długopisem”-tak to jest kiedy ludzie zgłaszają się niecałe 3 godziny przed zakończeniem zgłoszeń ;-)
Spokojnie idziemy przebrać się… przepakować rzeczy… nalać picie do bukłaku… „Jak to 18:20?!?!?! Jak to odprawa za chwilę?!?!?”
Uff, zdążyliśmy :-) 
W trakcie odprawy /fot. z archiwum organizatorów/

Pamiątkowe zdjęcie uczestników TP100 /fot. z archiwum organizatorów/
3… 2… 1… 19:00 START /fot. z archiwum organizatorów/ 
Zaczynamy biec i idzie nam to całkiem nieźle, ale „żarło, żarło i zdechło”, czyli zbyt ostro wyrwałam i długo nie wytrzymuję takiego tempa (przynajmniej ładnie wygląda to na zdjęciach hehe ;-) Mieszkańcy Barcinka spędzający leniwie wieczór siedząc przed domami przyglądają nam się dziwnie, ale machają przyjaźnie i życzą powodzenia.
-Dużo jeszcze przed wami?-pyta jakaś pani
-Dużo, dopiero ruszamy.
-Ale z jakimś noclegiem po drodze?-dopytuje dalej
-Nie.
Pani patrzy jak na ufoludki, a mały chłopiec którego trzyma na rękach macha do nas rączką i uśmiecha się życzliwie-za kilka lat jak już będzie rozumiał co mówimy to popatrzy podobnie jak ta kobieta albo będzie ruszał z nami.
Docieramy do punktu wydawania map. Krótka chwila na obczajenie trasy i …. prawie wszyscy wybierają wariant w prawo, a my w lewo (tzn. patrząc na mapę to my w prawo, a większość w lewo).Nie pytajcie mnie dlaczego tak a nie inaczej, na tym etapie nie czytałam jeszcze logicznie mapy, po prostu zgodziłam się na taki wariant. Zgodziłam się?? Hmm… Chyba mnie nawet nie pytał o zdanie. W sumie nie musiał, bo i tak wie, że pójdę z nim. 
/fot. z archiwum organizatorów/

/fot. z archiwum organizatorów/

/fot. z archiwum organizatorów/
Idąc, powoli zaczynam ogarniać mapę, a Robert tłumaczy mi zasadność naszego wyboru. Szybko dochodzimy w okolice pierwszego punktu (PK04), a odnajdujemy go jeszcze szybciej, gdyż na łące dokładnie na wprost wejścia do lasu gdzie na drzewie z krzyżem wisi lampion stoi Arek i robi zdjęcia ;-) Ot, takie ułatwienie od organizatorów ;-p
/fot. z archiwum organizatorów/

w okolicy PK04 /fot. z archiwum organizatorów/

PK04  /fot. z archiwum organizatorów/
Ruszamy dalej. Przez łąkę, tory kolejowe do asfaltowej drogi, gdzie trochę podbiegamy. Oddycham ciężko, ale nie, to wcale nie zadyszka po biegu, tylko te widoki ;-p Naprawdę widoki są przepiękne. Smugi mglistego powietrza w kolorach zachodzącego słońca rozciągające się pomiędzy pagórkami, wieża kościoła w Starej Kamienicy, czerwone dachy domów, długi cień traktora jeżdżącego po polu.
Schodzimy z asfaltu na łąkę pełną ostów. Mimo długich spodni czuję wbijające się z każdym krokiem kolce. Jeszcze chwila i PK05 podbite.
/fot. ja/

ostowa łąka /fot. ja/

w okolicy PK05 /fot. ja/

/fot. ja/

/fot. z archiwum organizatorów/
 I znów przez łąkę, ale tym razem bezostową ;-) i znów asfaltem. Wchodząc do wsi Kopaniec otwieram oczy szeroko z zachwytu. Z resztą zobaczcie sami….
/www.ojej.pl/
Przed starym dębem skręcamy w lewo. Na drogę wyskakuje jakiś kundelek, szczeka, ale merda ogonem. Gdy zatrzymujemy się i zagadujemy do niego, żeby sprawdzić intencje, odbiega kawałek, ale gdy chcemy zrobić krok włącza mu się opcja agresor. Na szczęście właściciele zamykają go w domu.
PK07 – Średniowieczna Osada Kopaniec. Jakby nigdy nic wchodzimy na jej teren, żeby chwilkę później wyjść drugą bramą przy której to wisi lampion.
Plusem IWW (jednym z co najmniej kilku) była duża ilość punktów kontrolnych a co za tym idzie krótkie odcinki pomiędzy nimi. Łatwiej jest mi ogarnąć dobry wariant przejścia, a poza tym zdecydowanie dobrze wpływa to na moją psychikę. Chwila moment i jesteśmy w okolicy PK09. Tu spotykamy innego uczestnika i pewne małe trudności z odnalezieniem skałek. Jest już dość ciemno, a moja czołówka… no cóż, baterie wysiadają i to nie koniecznie psychicznie ;-)
Kawałek ścieżką do Babiej Przełęczy i dalej do dwóch kolejnych PK prowadzi prosta droga. Prosta i prawie płaska (a nawet trochę w dół :-). Mam wrażenie i jest ono słuszne, że z każdym krokiem przyspieszamy. Na moment schodzimy z drogi, żeby podbić PK10 zlokalizowany przy strumyku i wracamy na tą samą prostą drogę. Czuję jakbym frunęła, mam w sobie tyle energii, że aż się po cichu sobie dziwię. Mimo, że jest ciemno, a droga kamienista, zaczynam biec. Szczególnie, że jest z górki i aż się o to prosi ;-) Pierwszy mostek , drugi mostek, droga zaczyna piąć się do góry, więc trochę zwalniamy, ale i tak utrzymujemy bardzo dobre tempo.
Aby dotrzeć do PK13 trzeba wejść między choinki rosnące nad strumykiem. Brzmi ślicznie i niewinnie?? Tylko brzmi. Rzeczywistość jest ciemna, kłująca i gdzie się człowiek nie obróci to jest albo jakiś głaz albo iglasta gałąź albo „kawałek” zimnego i mokrego strumyka. Moja czołówka nadal się wykańcza co ani trochę nie ułatwia sprawy. Auć!! Czy wszystkie pieńki muszą się kończyć na wysokości moich kolan?!?!?! No dobra, zaliczone, teraz już ostatnia prosta (i szeroka) droga do PK12, czyli startu pętli B, ale o tym będzie w następnej części ;-)



poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Zielonooczna radość

Ta data zbliżała się wielkimi krokami, a w mojej głowie była pustka. Każda rzecz, którą wymyśliłam była jakaś nie taka, zbyt przyziemna, zbyt banalna, no po prostu to nie było to, a przecież wyjątkowa OSOBA zasługuje na coś WYJĄTKOWEGO. Kiedy moje wkurzenie na samą siebie za brak pomysłowości sięgało zenitu(a wtedy to już na pewno nic fajnego się nie wymyśli), postanowiłam odpuścić. No mówi się trudno, najwyżej będzie tak zwana figa a nie niespodzianka :-( I właśnie wtedy zrozumiałam podstawę wymyślania prezentów - nie mogę skupiać się na pomyśle, tylko na osobie. A przecież znam tę Osobę tak dobrze, że czasem mam wrażenie, że lepiej jak siebie.... Przecież znam jej marzenia.... No właśnie, marzenia!! I w jednej sekundzie wszystko stało się już jasne. Przez moją głowę przemknęła pewna myśl, a może tylko jej cień, ale już byłam pewna, że to właśnie TO, że trafiłam w dziesiątkę :-) No i miałam rację - takich oczu jeszcze nie widziałam, to znaczy teraz już tak. Dla takich oczu warto zrobić wszystko, stanąć na głowie, a nawet na rzęsach :-D Warto przyczynić się do spełnienia czyjegoś marzenia, no mówię bardzo warto !! :-D Takiego wzroku się nie zapomina do końca życia i jest najpiękniejszym podziękowaniem :* A kiedy możesz przejrzeć się w tym najradośniejszym lustrze to... ACH... sami spróbujcie...

czwartek, 26 lipca 2012

Jagodowe biedronki


Sobota 13.00. Wychodzę z pracy, przekręcam klucz w zamku, wszystko co dotyczy pracy zostaje w środku, zamknięte aż do poniedziałkowego poranka. Mam 45h wolnego i nie mam pojęcia co robić. Żadnych planów na weekend. Słońce świeci, na niebie prawie nie ma chmur. Lato :D Może pójdę na łąkę i poświęcę się błogiemu nic-nie-robieniu… Hmm.. Brzmi wspaniale :) Na początek postanawiam poczuć trochę włoskiego klimat i dzięki temu być bliżej Słońca. Spokojna kawiarenka, włoskie latte, tiramisu. Mniam :p Chwila spokoju z książką (o włoskim kucharzu;-) w ręku. Komórka daje znać, że ktoś coś ode mnie chce. Plany na niedzielę nabierają kształtów. Kolejny sms i … Szybko dopita kawa, książka wrzucona do torebki i biegiem do domu. Obok książki w torebce lądują na prędce wrzucone inne niezbędne rzeczy i znów biegiem na przystanek. O 16:30 siedzę w pks-ie do Wrocławia. Plany na weekend są bardzo jasno sprecyzowane. Później się okaże, że ulegną trochę zmianie, ale co tam ;)
We Wrocławiu przesiadam się do samochodu i razem z szaloną rodzinką jedziemy do Parku Szczytnickiego na spacer. Spacer zorganizowany, spacer z przewodnikiem, spacer po Parku Szczytnickim, Ogrodzie Japońskim… O matko, tłum ludzi… Toż ta chmara zadepcze wszystkie roślinki… Dziki tłum zniechęca nas w ciągu zaledwie kilkudziesięciu sekund. Sami idziemy na spacer. Alejka w prawo, alejka w lewo i znów w prawo i … Nie, nie zgubiliśmy się, spotkaliśmy srokę. Siadła sobie na koszu na śmieci zaledwie pół metra od nas i przewraca z zaciekawieniem czarnymi jak węgielki oczami, przyglądając się nam. W takiej sytuacji tylko ktoś wyjątkowo inteligentny wyciągnąłby klucze i chciał sprawdzić co zrobi ciekawskie ptaszysko. Ale tylko ktoś taki jak mój kuzyn jest zdolny wyciągnąć klucze, podzwonić sroce przed nosem i rzucić je na trawnik. Tego co stało się chwilę po tym nie wymyśliłby nawet najlepszy pisarz bajek czy komedii. Sroka zleciała ze śmietnika, szybkim ruchem złapała za kółko od kluczy i jakby nigdy nic odleciała z nimi w dziobie. A my zostaliśmy bez kluczy, za to z bolącymi od śmiechu brzuchami :D Prawdą jest, że te biało-czarne skrzydlate kuzynki wróbli, gołębi i innych ćwierkających to świecidełkolubki ;)
W niedzielę o 6.30 zadzwonił budzik. W niedzielę!!! Taka godzina nie istnieje!!! A tym bardziej w niedzielę!!! A jednak, okazuje się, że istnieje. Po śniadaniu ruszamy w deszczu w drogę do Karpacza. Ja, Marek i Jaśminek. 50% pozostałej rodziny ma pracującą niedzielę, a drugie 50% jest leniwe i zamiast powędrować po górach woli siedzieć w babcinym ogródku.
W Karpaczu czekają nas miłe niespodzianki-słońce i brak kolejki na wyciąg. Po 20 minutach zeskakujemy z krzesełek na Kopie. Kierujemy się w stronę Domu Śląskiego. Pogoda trochę inna niż na dole. Nadciągają chmury i kradną Śnieżkę. Rozpoczynamy pierwszy atak szczytowy, ale po chwili odpuszczamy i siadamy w schronisku. Jedząc kanapki i popijając herbatę czekamy aż aura się poprawi. Chwilami zaczyna się przejaśniać. Atak szczytowy nr 2. Zawracamy. 1/3 z nas ma poważny kryzys. W związku z tym zmieniamy plany. Miało być na wschód, będzie na zachód. W drodze do Słonecznika 1/3 z nas nadal ma poważny kryzys, a pozostałe 2/3 czują, że ich przeogromne pokłady cierpliwości powoli się wyczerpują i najchętniej to zostawiłyby marudera i poszły dalej same, ale co zrobić?!?!?! - w końcu nie zostawia się towarzysza wędrówki na szlaku, a tym bardziej gdy ów towarzysz ma 6 lat.
Widok na Samotnię i Strzechę Akademicką ze ścieżki nad stawami
Słonecznik
Jakoś (z ogromnym naciskiem na JAKOŚ) docieramy do Słonecznika i nagle następuje cudowna przemiana. Jak za dotknięciem magicznej różczki Jaśminowa Maruda przekształca się w pełnego energii i zapału i UŚMIECHNIĘTEGO wędrownika, który dzielnie dociera do Schroniska Odrodzenie na Przełęczy Karkonoskiej.

Po drodze poprawia się też pogoda, wychodzi słońce, a ciemne groźne chmury wyglądają za naszymi plecami malowniczo choć trochę złowrogo.

Najedzeni ruszamy Ścieżką nad Reglami nazwaną przez nas Ścieżką Biedronki (ze względu na ich wszechobecność) w kierunku Polany. A po drodze cała nasza wędrowna ekipa łamie prawo wcinając mniamuśne jagody prosto z krzaczków. (Pamiętajcie-na terenie KPN-u nie wolno zrywać roślin. Pamiętajcie – tak się nie robi !! ;) Fioletowe kuleczki choć jeszcze kwaśne smakują wyśmienicie ^_^ 

na Ścieżce nad Reglami




tuż przy ścieżce rosną rosiczki
fot. by Marek


Czuję się mega dotleniona. Po powrocie do domu momentalnie zasypiam i śnią mi się dobre sny.
Po raz kolejny przekonałam się, że spontaniczność jest najlepszym planem. Jak to mawia pewna Ryba „Będzie dynamicznie” ;) Zdecydowanie było :)

środa, 11 lipca 2012

Koktajl truskawkowy i kokosowa wege śmietana

Niby dzień jak co dzień, ale... Mimo, że wydawać by się mogło, że taki sam, to jednak nie do końca. Inni ludzie, inne przypadki, kilka miłych niespodzianek, pomocna dłoń i uśmiech. Rower znów ma oponę w całości, a ja nie dosyć, że miałam czym wrócić z pracy, to nawet mam jutro czym pojechać do pracy. Ale dość o pracy. 8 godzin w zupełności mi wystarcza i choć praca nakręca mnie i daje mnóstwo energii, to jednak gdy wracam do domu czuję się zmęczona. A wtedy jest czas na przyjemności. Różne przyjemności ;-) Dziś na przykład koktajl truskawkowy z bitą śmietaną z mleka kokosowego :-p Przepis na śmietanę znalazłam na blogu Matki Weganki i choć weganką nie jestem to wiem, że ten smakołyk zagości na stałe w spisie słodkości przygotowywanych przeze mnie :-)

Przepis na koktajl:
200g truskawek
250ml mleka
Zmiksować razem i gotowe. Ja robię bez cukru, ale jak komuś za mało słodkie to śmiało sypać cukru do woli.

Bita śmietana:
puszka mleka kokosowego (schłodzić w lodówce minimum dobę, ja trzymałam kilka dni, bo akurat tak wyszło i prawie cała puszka była gęstego, a płyn tylko w mini ilości na dnie)
cukier waniliowy
1/4 szklanki cukru pudru
1 śmietan-fix
Z puszki mleka przekładamy do miski tylko stałą część, dodajemy cukier i ubijamy do puszystej konsystencji. Dodajemy śmietan-fiz, ubijamy jeszcze chwilę, po czym wstawiamy do lodówki. Niecierpliwi pomijają ostatni punkt ;-)
SMACZNEGO !!
A to zrobiłam w niedzielę wieczorem. O tak po prostu ;-p


"Słoneczniki"

poniedziałek, 25 czerwca 2012

O tym jak można się zmasakrować na rowerze i być z siebie dumnym

Niedzielny poranek zaczął się leniwie. W pokoju panował półmrok, ale przez żaluzje przebijały się promienie słońca, zapowiadając piękny dzień. Mój organizm, ku mojej wielkiej radości, wreszcie choć jeszcze z trudem, przestawia się na opcję "poranne ciemności to wina żaluzji i nie oznaczają środka nocy". Herbata, grzanki z konfiturą truskawkową i poranna internetowa "prasówka" (zbiór z całego tygodnia ;-) - no normalnie żyć, nie umierać. Szybko zrobiło się południe, więc zostawiłam moje lenistwo w domu i pomknęłam na rowerze do Cieplic na wizytę domową do jednego z moich ulubionych ostatnio mruczących pacjentów. Miał być moment, a wyszła kawa i świeży biszkopt z prawdziwą wiejską śmietaną. Pychota...mmmm....
Słońce zdecydowanie odradzało szybki powrót do domu, więc zdecydowałam się na okrężną drogę. Pomyślałam, że dojadę do Marczyc i wrócę do Jeleniej przez Staniszów, a że może przy okazji zdejmę PK przy drodze na Borowice to już inna bajka. No ale żeby nie było, to oczywiście "zobaczy się jak będę w Marczycach, czy będę miała chęć, siłę i wogóle". Ło matko droga, że ja się jeszcze nie nauczyłam, że jak tak pomyślę to już na pewno nie będzie zmiłuj i nie będę się siebie pytała czy mam siłę i ochotę tylko pojadę w upatrzone miejsce.... Tak też było i teraz. Marczyce. Drogowskaz pokazuje w lewo kierunek na Staniszów, w prawo na Sosnówkę. No to heja w prawo, łudząc się jeszcze i oszukując sama siebie, że przecież zawsze mogę zawrócić jak nie dam rady. Ja zawrócić?!?! Przecież taka opcja nie istnieje!!! I przecież doskonale o tym wiem, więc dlaczego się oszukuję??? Ano może dlatego, że wtedy jakoś mam więcej motywacji, bo nie czuję przymusu. Hmmm... znów trochę nie tak. Przymus jest, bo sama siebie przymuszam. Nie, nie, nie. To nie jest przymus to jest pokonywanie własnych słabości, przełamywanie barier i jak to zwał tak to zwał, a w praktyce to nic innego jak powtarzanie sobie "no kto jak kto, ale ja nie dam rady" potwierdzane sms-ami "Twarda jesteś-dasz radę";-) No i weź się tu człowieku wycofaj ;-p 
Sosnówka Dolna. Chwilka przerwy, rzut okiem na mapę, wyznaczenie charakterystycznych punktów coby dobrze podziałały na psychikę informując, że coraz mniej przede mną i ruszam. Spokojnie, powoli, w końcu nigdzie mi się nie spieszy. Skończyły się zabudowania. Nie jest źle, myślę sobie i chwilę później moje mięśnie mówią po raz pierwszy "NIE". Chwilka przerwy w przydrożnym rowie. Dalej w górę. Mijam jakiś państwa zjeżdżających w dół i słyszę, nie działające super budująco, "to jeszcze kawałek do samej góry". Zakręt przy obrzydliwym okrąglaczku. Masakra architektoniczna i masakra moich mięśni. Siadam i przyglądam się kaplicy św. Anny na przeciwległej górze. Byłam tam. Przez chwilę wspominam ten piękny jesienny dzień, znów słyszę te śmiechy, obrazy z tamtego dnia stają mi przed oczami niczym wyświetlane na ekranie slajdy. Podnoszę się z ziemi i dalej idę prowadząc rower obok. Idę i jestem z siebie dumna, z tego jak daleko, jak wysoko wjechałam. Dochodzę do rozwidlenia dróg, ta w lewo prowadzi do Karpacza, ta na wprost do Borowic. Znów wsiadam na rower i jadę kawałek asfaltem, po czym skręcam w las i bez problemu odnajduję lampion. Wisiał w urokliwym miejscu, widoczny prosto z drogi. Idąc po niego zapadam się w jakiś mokry mech, a na ustach pojawia się uśmiech. Kiedyś mokre buty wprawiłyby mnie pewnie w lekkie wkurzenie, teraz wywołują radość. Szukam chwilę strumyka z nadzieją, że ugaszę trochę pragnienie, ale niestety. Za to stado latających potworów atakuje coraz bardziej, więc szybko uciekam znów na asfalt. Pusta droga, prosta, z górki. Zapominam co to hamulce, jadę, wiatr we włosach, uśmiech na twarzy. Kolejny odcinek jest pod górkę, ale nawet raz nie przekręcę pedałami. Skrzyżowanie. Tym razem prosto, czyli w dół do Sosnówki, ale już wolniej i rozważniej. Sporo zakrętów, piach i żwir na drodze, a przede wszystkim sporo samochodów. I znowu jestem na dole. Siadam na ławce przy kościele, potrzebuję dłuższą chwilę przerwy. Do domu ponad 10km, a ja czuję że będzie problem. Ale co pozostaje?? usiąść i płakać?? To nie w moim stylu. Jeszcze jechać/iść i płakać to jeszcze jeszcze ;-p Droga do Staniszowa wiedzie lekko pod górę. Na prawdę lekko, ale niestety moje mięśnie drżą i bolą okrutnie. Powoli, bardzo powoli, ale cały czas do przodu. Uff przyszedł sms - jest pretekst do postoju ;-p Moment i z nowymi siłami dalej, a potem jest już z górki przez cały Staniszów :-) Pałac, kościół i sklep, Pałac na wodzie i.... znów pod górkę. Mięśnie znów krzyczą, że dziś przegięłam. Mijam po prawej Balaton i widzę moje ukochane Sokoliki i widzę też białego maltańczyka z niebieską kokardką biegnącego środkiem drogi. Fatamorgana czy jak... Samochody jadące w jedną i drugą stronę zatrzymały się, a maluch wystraszony między nimi. Wzięłam na ręce i poczułam jak cały się trzęsie i wiecie co...Może jestem twarda, silna, dzielna, ale łzy mi stanęły w oczach, bo pierwsza myśl, że ktoś wyrzucił... Druga myśl, jak ja wrócę z psem i rowerem do domu... Trzecia myśl... Zanim zdążyłam pomyśleć, zatrzymał się kolejny samochód i wyskoczył szczęśliwy pan dziękując mi, że znalazłam jego psa, który jak się okazało uciekł im, a potem jak się domyślałam wystraszył, że jest sam. Szczęśliwe zakończenie historii, która jak się okazało mocno podniosła mi poziom adrenaliny, tak że resztę drogi do domu pokonałam bez najmniejszego problemu, ale gdy zsiadłam pod domem z roweru czułam jakby nogi nie należały do mnie i nie byłam w 100% przekonana, że będą robiły to co ja będę chciała ;-) Byłam zmęczona, szczęśliwa i bardzo z siebie dumna :-)
całość wyszła około 35km
między Jeziorem Sosnówka a górą, czyli lampionem jest jakieś 260m różnicy wysokości i około 5km odległości

niedziela, 17 czerwca 2012

Bo są takie dni...

Dzisiejszej wycieczki rowerowej nie mogę zaliczyć do najbardziej udanych, ale narzekać bardzo nie będę ;-) Po prostu są takie dni kiedy nie powinno się robić pewnych rzeczy i dziś właśnie nie powinnam wsiadać na rower, no ale skoro już wsiadłam...

W planach była Różanka, Góra Tunelowa, Bagnisko i Kowary, ale zrealizowane zostało 50%. Już w drodze do Maciejowej było ciężko, więc odpuściłam Różankę (kiedyś pojadę tam rowerem, to pewne, ale nie dzisiaj). Z Maciejowej odbiłam więc na Trzcińsko i po chwili dojechałam do, znanego sobie z jednej z zeszłowakacyjnych wycieczek, skrzyżowania. Dalej w stronę w Góry Tunelowej aż dotarłam na miejsce gdzie powinien wisieć lampion z Rudawskiej, ale niestety znalazłam tylko znacznik na drzewie (swoją drogą zastanawia mnie po co komuś taki lampion... no ale skoro potrzebny to niech mu dobrze służy). Plusem szukania lampionu były słodziutkie czerwone poziomki, minusem komary które pokąsały tak dotkliwie, że po raz pierwszy w tym sezonie postanowiłam łyknąć białe cud-kuleczki coby nie spuchnąć za bardzo i ruszyłam dalej asfaltem do Bobrowa i w stronę drogi Karpniki-Jelenia Góra. Po dotarciu do drogi którą doskonale znam pojechałam na Bagnisko w miejsce które doskonale znam i które jest mi wyjątkowo bliskie i bardzo mile się kojarzy. I.... skręciłam nie w tą drogę co powinnam - mówiłam przecież, że nie powinnam dziś jeździć rowerem. No jak można pomylić drogę w miejscu, które się zna !!! ale, ale... Nie ma tego złego... ;-) Sarna spotkana w zbożu była piękna i stałam dłuższą chwilę obserwując ją. Żałowałam, że nie mam aparatu (choć czułam, że dzisiaj to akurat dobrze, że go nie zabrałam).

zdjęcie pożyczone z www.fotoprzyroda.com.pl, ale "moja" sarna wyglądała bardzo podobnie ;-)

Pożegnałam się z sarną albo sarnem ;-) i ruszyłam właściwą drogą na Bagnisko. Na drodze ogromne kałuże, więc jazda slalomem aż jedna z kałuż mnie pokonała. Chciałam ją ominąć bokiem i wylądowałam w rowie. W pierwszej chwili bałam się spojrzeć na swoją nogę czując tylko mega ból, ale na szczęście skończyło się na mocnym stłuczeniu piszczeli i wielkiej radości, że w plecaku nie było aparatu ;-) Po tym zdarzeniu nastąpiła zmiana planów po raz drugi w dniu dzisiejszym i zamiast jechać do Kowar postanowiłam wrócić przez poligon do domu. Po dojechaniu do Łomnicy plany znów uległy zmianie i wróciłam jednak asfaltem do domu spotykając po drodze 3-miesięczną białą kulkę, która wyprowadziła swoją właścicielkę na spacer. Chwila zabawy i w drogę do Jeleniej.

No wycieczka nie należała do super udanych, ale znowu nie była taka zła :-) Grunt to zawsze znaleźć jakieś pozytywne strony :-) Następnym razem będzie lepiej...

środa, 13 czerwca 2012

Odwiedziny Siostry Lwicy

Dopiero był czwartek rano, już za chwilę kolejny czwartkowy poranek... Czas, dokąd się tak spieszysz?!?!
Czwartek zaczął się wcześnie, bo już chwilę po 7 rano czekałam na dworcu pks na autobus z Warszawy, którym przyjechała Siostra Lwica :-D Stojąc tam na dworcu pomyślałam, że jeszcze niedawno to na mnie tak czekano, a teraz... :-) Teraz jestem tutejsza i teraz to ja czekam i teraz to moje miasto, moje miejsce na ziemi.
Dzięki Izuli odkryłam kolejne miejsca w okolicy. Wybrałyśmy się na Wzgórze Krzywoustego i wdrapałyśmy na wieżę. Tam zapatrzone w rozciągający się krajobraz stałyśmy chwilę cicho jak zaczarowane. Miasto a za nim w oddali góry... Śnieżka... Śnieżne Kotły... Szrenica... i Sokoliki.
schody w Wieży Krzywoustego


Sokoliki - góry Małego Księcia i Róży :-)
Dla wszystkich podziwiających ten widok najważniejsza jest  zapewne Śnieżka. Dla mnie najważniejsze są Sokoliki, miejsce bardzo wyjątkowe, miejsce magiczne, miejsce Przyjaźni, miejsce Małego Księcia i Róży :*
wiadukt kolejowy w drodze na Perłę Zachodu

schronisko Perła Zachodu

Ze Wzgórza Krzywoustego ruszyłyśmy w stronę Perły Zachodu i dalej przez most w kierunku Jeżowa Sudeckiego. Na zboczach Gapy, ze względu na mega błotko na drodze, troszkę zmieniły się nam plany trasowe i ruszyłyśmy inną droga niż planowałam wychodząc z założenia przedstawionego mi kiedyś chyba w trakcie Przejścia wokół Kotliny Jeleniogórskiej, że "tam się nie da zgubić" ;-) No i się nie zgubiłyśmy, a że szłyśmy trochę "na heja" przez las. Ja się czułam jak ryba w wodzie, Iza... (Przepraszam Siostrzyko!!)
W nagrodę ;-p w piątek był dzień lenistwa i zbierania sił do kibicowania na Placu Ratuszowym. Oj się działo :-) Było deszczowo i chłodno, ale rozgrzewały nas emocje.
Sobotę postanowiłyśmy spędzić w górach. Wczesne zwleczenie się z łóżka (tak bardzo kontrastowe z piątkowym porankiem koło południa) i kierunek Szklarska Poręba. Wjechałyśmy wyciągiem na Szrenicę i przeszłyśmy do Schroniska pod Łabskim Szczytem. Po drodze spotkałyśmy śnieg, którego zima porzuciła w górach. Biedaczek smutny, brudny i jakiś taki zmarznięty. 

Szrenica



Lwie Siostry przed Schroniskiem pod Łabskim Szczytem
Po południu wybrałyśmy się na grilla. Tu to się dopiero działo. W połowie drogi byłyśmy już nieźle mokre, bo zaczęło padać. W tym właśnie deszczu zrodziła się moja głupawka, która rosła karmiąc się kroplami spadającymi z chmur a potem dojrzewała w podeszczowym zachodzącym słońcu :-D a do tego jeszcze ludzie przy których nie sposób być smutnym, więc sami się domyślcie reszty ;-p
I niestety przyszła niedziela i czas się było żegnać. Ucichły rozmowy i lwi śmiech... Czekam na kolejne siostrzane odwiedziny :-) Oby niedługo...